Lolo / 2012.08.10 : 23.14

Pamiętnik znaleziony w szpitalu

Prolog

Pewnego wieczoru, przebywając w obcym mieście, stolicy obcego kraju, poczułem się niezbyt dobrze. Ból szedł gdzieś ze środka brzucha, do góry, środeczkiem, promieniował na kark… Po jakimś czasie przechodził. Zignorowałem drania, co mi tam będzie jakiś ból po mnie łaził – paszoł won. W końcu sobie poszedł.

Następnego dnia rano, spokojnie wyżłopałem kawę, zapaliłem papierosa, zjadłem śniadanie. No – o reszcie może nie będę opowiadał szczegółowo, każdy wie co się robi w toalecie i łazience. W pracy normalnie – nudna robota, te same, tysiące razy powtarzane czynności. Po pracy szybciutko do domu – obiad. Co ja się będę rozpisywał – rutyna oszczędzającego kasę zagranicznego robola. Koniec dnia też przewidywalny – kolacja, łazienka, łóżko. Książka – bez książki nie zasnę, choćby to był „Kapitał” tow. Marksa, przed snem muszę przeczytać choć kilka stron. Tym razem zresztą nie był to „Kapitał” a coś daleko bardziej interesującego. Poczytałem, wypaliłem jeszcze kilka fajek i spać. Kuuurrrr…. BOLI jak cholera. Ból przychodzi i odchodzi ale jak dobry kumpel – zawsze jest w pobliżu. Tylko ja go, drania, nie zapraszałem przecież. Wódki z nim nie piłem, na dz… eee – po mieście się z nim nie szlajałem – wooon skubańcu!

Nie poszedł. Zacząłem łazić po mieszkaniu – jakby ciut odpuszczał. Położyłem się – znowu przyłazi. I tak przez pół nocy. W końcu o jakiejś zupełnie niechrześcijańskiej godzinie – zasnąłem.

Rano wszystko w porządku.

Perygrynacje czyli miłe złego początki

I tak się „kumplowaliśmy” przymusowo z tydzień. W końcu zacząłem myśleć. Kurczę, to chyba serce. Palę, piję kawę, dość długo pracuję, późno kładę się spać. Co z tego, że „wiek ryzyka” jeszcze przede mną (no, prawdę mówiąc to bliziutko ale jeszcze przed)? W końcu może trafić i młodego.
Słabo władając miejscowym narzeczem, uprosiłem ładną, młodą dziewczynę, pracującą w naszej „fabryce”, żeby mi tłumaczyła. No i (jak idioci, bo jeśli to serce to była to największa głupota dnia) p o s z l i ś m y do najbliższej kliniki prywatnej, żeby pogadać z kardiologiem. Biurokratyczna procedura rejestracji, rutynowe pytania no i wreszcie, po tym wszystkim informacja – dziś kardiologa nie ma, będzie jutro rano. Lekarz ogólny przyjmie za 5 godzin, nie wcześniej. W mordę, poczułem się jak w naszej kochanej ojczyźnie, obsługiwany przez tzw. publiczną służbę zdrowia. A, nie – nieprawda. W Polsce by mnie odkopali do kolejki a na wizytę czekałbym z tydzień. OK. – co robić? Powrót spacerkiem do domu, następny spacerek za 5 godzin (powinienem już dostać tego zawału chyba?) i oto stanąłem przed obliczem miłej i dość atrakcyjnej pani doktor. Znajoma tłumaczy co jest, pani doktor kiwa głową. Normalnie. Badanie też jak to zwykle u lekarza, gdy nie wiesz co ci jest. Rytuał mierzenia ciśnienia („ooo, czemu takie wysokie”), osłuchanie. Konkluzja – do szpitala na badania. Dyskutuję (przez tłumaczkę, która jak widzę też się przejęła tym, co pani doktor mówi i łagodzi moje wyrażające totalną niechęć, polskie słowa), wykręcam się. Lekarka twardo SZPITAL i koniec. Dooobraaa, niech pisze to skierowanie. Wypisała i mówi, że zaraz wezwie karetkę. Cooooo?! Ja chcę do domu, ciuchy, książki, tfu, cholera – nie będę kilka dni łaził w tych samych skarpetach i tych samych gaciach. Po krwawym boju ustąpiła, tylko kazała podpisać papierek, że na własną prośbę. Dobra jest – do domu. Wołam kumpla, bardziej niż ja obcykanego w miejscowych zwyczajach i pytam, czy pomoże. Pomoże, a jakże ale nie dziś i nie jutro bo zajęty. No to sam. Z rana (a raczej wczesnego popołudnia) z firmowym kierowcą atakujemy szpital. Żeby było jasne – jako cudzoziemiec, z definicji przywiązany jestem do KONKRETNEGO szpitala. Wiem to niemal od początku pobytu tutaj. Coś mi miga w zwojach mózgowych, że i przychodnia jest konkretna, ale to przecież nie problem? Skierowanie to skierowanie. Otóż problem głupku. W szpitalu, do którego dojechałem późnym popołudniem (korki tu ze 3 razy większe niż w Warszawie, za to ulice 3 razy szersze), w końcu uwierzyłem, że najpierw. Nie tak – NAJPIERW powinienem pójść do rzeczonej specprzychodni, którą olałem, następnie dopiero – po uzyskaniu skierowania od nich – do tegoż miłego szpitala. Jak mi to wyłożył dyżurny lekarz – zła taktyka daje złe efekty. Kurczę, co robić? Zasuwam do tej spec przychodni od razu następnego ranka, ubłagany koleś – ze mną jako tłumacz. Przyjechaliśmy no i zaczyna się administracyjna polka. Rejestracja, 3 zdjęcia (nie mam cholera, mam umrzeć z powodu 3 zdjęć?) do przepustki, zakładanie karty, pytania, pytania, pytania. Koniec znany – do lekarza. Ale nie kardiologa, tylko internisty. Internistą okazała się wielce kompetentna szefowa jakiegoś działu przychodni. Osłuchała, obejrzała poprzednie wyniki, kazała zrobić kolejne EKG i – DO SZPITALA! Z tego wszystkiego przestało mnie boleć cokolwiek. Zrezygnowany nie protestuję, jedziemy do domu, rzeczy wcześniej przezornie spakowane czekają tylko. Poooojechali do szpitala.

Szpital

Miłe przyjęcie. Na wstępnie tradycyjny wywiad lekarski, tyle że bardzo szczegółowy i na pewno nie rutynowy. Zadaję trudne pytania – kiedy mianowicie będzie tego koniec bo ja już dostaję świra, a co będzie za kilka dni? Ano – z tydzień poleżysz robaczku, zrobimy badania, się okaże ktoś ty, i co ci w środku siedzi. No dobra, to zabierajmy się do tego. I owszem zabrali się w tempie błyskawicznym. EKG, koronarografia, gastroskopia, prześwietlenie żołądka, ponownie koronarografia, bo pierwsza nie wyszła, echo serca, EKG wysiłkowe (na którym tylko duma narodowa nie pozwoliła mi paść przed końcem), krew oddawałem niczym zawodowy karmiciel wygłodniałych wampirów – w ilościach niemal hurtowych. Po trzech dniach takich zabaw wstępna diagnoza – to nie serce. Ufff, ulżyło!! No tak, tyle, że na krótko. Lekarz mówi, że mam kamienie w woreczku żółciowym. Skąd te cholery tam się wzięły? Na dodatek dwadzieścia? No i co? Lekarz mówi, że są tam od dawna ale nie da się nic innego zrobić, jak operować. Znaczy – usunąć woreczek razem z tymi brukowcami. Oooo, w mordę, takie jaja… No dobra, pytam jak poważna to operacja i jak długa rekonwalescencja, bo choroba chorobą a mój szef już chciałby zobaczyć mnie na stanowisku, gotowego do podjęcia trudów i znojów pracy. Odpowiedź pocieszająca – a, tak z tydzień. No dobra, robimy.

The day after (taki film był, a co? zapożyczyłem)

W czwartek wzięli mnie na stół. Obudziłem się nieprzytomnie wysuszony. Pić, pić, pić. Dali – po trochu. Zapadam w sen i nie zauważam nawet, że cholernie boli. Budzę się i tym razem zauważam, że cholernie boli. Szpila w zad – nie boli. No i tak sobie trwało – sen, boli, szpila, nie boli, sen. Następnego dnia wzięli mnie z pooperacyjnej na zwykłą salę. Zanim to nastąpiło, pielęgniarka mnie umyła, dała firmową szczoteczkę do zębów i pomogła je umyć (szok, prawda?). Znaczy – ta sala to mój jednoosobowy pokój z telewizorem, lodówką, regulowanym pilotem łóżkiem, szafką z pulpitem pod laptopa – co prawda, nie ten i nie na tym piętrze, co przed zabiegiem – co tam, standard ten sam. Co chwila ktoś wpada, pyta czy boli, czy coś chcę – tak chcę – świętego spokoju chcę, wszyscy mili, uprzejmi, sympatyczni. Z tego wszystkiego dopiero nazajutrz zobaczyłem, że mam podłączony drenaż do rany, zwisa mi torebka z rury niczym jakiś cewnik. Dobra, przeżyjemy. Na koniec drugiego dnia chirurg przyniósł mi to moje kamieniarstwo. Cholera, sporo tego…

Teraz siedzę na łóżku, nudzę się, czytam o diecie. Goloneczki, boczki, nawet takie zwyczajne schabowe, to już przeszłość. Nie wiedzieć kiedy znalazłem się po tej drugiej stronie. Właśnie zaczął mnie dotyczyć ten stary kawał, że jak facet budzi się rano i nic go nie boli to znaczy, że nie żyje..
Trzeba będzie zacząć z tym jakoś żyć.

Na koniec, jak to już weszło w zwyczaj u pisarczyków, pisarzy i twórców – podziękowania.

Aleksandrowi Siergiejewiczowi Kuzniecowowi, za to, że po dwóch sugerujących zawał diagnozach uparł się, że to niekoniecznie zawał i wyszło na jego rację. Personelowi szpitala przy 2 Botkinskim Projezdie, Korpus 5, za niespotykaną w Polsce życzliwość, zawodowe umiejętności, ludzkie podejście do pacjenta. Chirurgowi Andriejowi za pokrajanie mnie sprawnie i bezbłędnie. Ja wiem, że mnie za to skasują i to nieźle. Ale w odróżnieniu od wielu – zasłużyli sobie na tę forsę. Kolegom i przyjaciołom, którzy wspierali mnie i pomagali, a bez których pewnie nadal siedziałbym cichutko w kąciku i jęczał, że umieram.

Z ostatniej chwili

Dziś odwiedził mnie kumpel. Dłuugo coś szukał i nie mógł znaleźć mojego pokoju. Tępy nie jest, zapytałem więc, gdy już wreszcie mnie znalazł, co tak długo krążył. Szpital niewielki wszystkiego 3 piętra. A on na to, że coś mu nie pasowało i dlatego moje piętro uparcie omijał.

- A co ci nie pasowało? Pytam.

- No bo ty przecież na ginekologii leżysz…

Ożeż w mordę. To co mi naprawdę wycieli? Ewentualnie - co ja do cholery “urodziłem”? Kamienie czy….? A jeśli to “tylko” pomyłka medyczna, to cholera – kim TERAZ jestem. Niby „klejnoty” na miejscu ale kto tam ich lekarzy wie?
Lampart / 2012.08.11 : 08.41

Witaj w klubie...;)
Szpitalne story jak widzę podobne do siebie w tym Wszechświecie... potem da się żyć (jak pozwolą).
Pytanie: Zaszyli czy wstawili zamek błyskawiczny? (zamek lepszy na wypadek powtórki z rozrywki. Kamyki podobno jak polubią to wracają - przyjaciele).
Powrotu z ginekologii do ormalnego świata boleści zyczę. L.
Lolo / 2012.08.11 : 12.42

Zaszyli. Wyciachli wsio, kamyki nie mają więc gdzie wracać. Dzięki temu zacząłem z konieczności zdrowo się odżywiać i zostałem abstynentem :)
Lampart / 2012.08.11 : 18.29

RANY BOSKIE!!! a "odczynniki" nawet do B&W też NIET?! Ratuj kto w fotografię analogową wierzy...
Mnie dietetycznie "serducho" ustawiało... znam ten "bul, bul, bul"... i nic. Czasem (ale dopiero z czasem można zhardzieć i tego devila za ogon pociągnać delikatnie, z umiarem....)
W Twoje ręce kolektywny ocaleńcu... na zdrowie.
Lolo / 2012.08.17 : 22.19

Jedne piwko w ciągu długiego czasu - tyle mi zostało.
tellerka / 2013.03.25 : 13.28

Droge Państwo
poproszę bardzo o dobre adresy na jeść/ pić/ patrzeć/ fotografować we Lwowie ...
horus / 2013.03.25 : 17.07

fotopatrzenie:
tellerka / 2013.03.26 : 09.38

E?
horus / 2013.03.26 : 22.33

no popatrz coś się nie zaciągnęło ... ;)
a więc moje ulubione:
- wysoki zamek o wschodzie słońca
- park stryjski o złotej godzinie, aleja główna, różne zakamarki...
- zaułki i tramwaje w centrum 24h
- Katedra Ormiańska
- osobliwości lokalne na targu krakowskim
- witryny i portale w starych kamienicach przed remontem
i tak mógłbym długo jako nieobiektywny (sic!) wielbiciel...
wikt polecam w knajpach nawiązujących do tradycji austrowęgier znajdziesz ich sporo wokół Rynku
np na Ormiańkiej
tellerka / 2013.03.27 : 12.12

Dzięki, opowiem z której porady skorzystałam ;)
Patt / 2015.07.01 : 20.39

Tak. Się zwiedzało ale teraz przestanie...Uwaga! Szykuje się prawna regulacja (oczywiście wymyślona w UE) która będzie zakazywać swobodnego fotografowania artefaktów do tej pory dostępnych publicznie. Na przykład jeśli ktoś chciałby zrobić sobie selfie na tle wieży Eiffla - musi przed upublicznieniem tego zdjęcia - mieć zgodę właścicieli wieży na upublicznienie. I w ten sposób każdego artefaktu, każdego domu, znaku, kamienicy, rzeczy jaka się w tle lub gdziekolwiek na zdjęciu pojawi. Petycję przeciw temu durnemu zapisowi podpisało już kilkaset tysięcy fotografów z całego świata. Jeśli ktoś z Kolektywnych chciałby się przyłączyć do protestu - tutaj może to zrobić.

https://www.change.org/p/europ%C3%A4isches-parlament-retten-sie-die-panoramafreiheit

https://www.change.org/p/europ%C3%A4isches-parlament-retten-sie-die-panoramafreiheit
mruk / 2015.10.30 : 20.11

W coniektórych kinach pokazują film "Sól ziemi" o fotografii a raczej fotografie Sebastião Salgado I. Warty grzechu obejrzenia. polecam!
mruk / 2016.01.16 : 10.14

Ciekawy dokument warty obejrzenia
"Ostatni nomadzi": Dwaj Baskowie ze swoim pierwotnym instrumentem TXALAPARTA wędrują po świecie w poszukiwaniu dźwięków ziemi. Cudo muzyczne i świetny fotograficznie. Polecam
http://ninateka.pl/film/ostatni-nomadzi-pablo-iraburu-harkaitz-martinez-de-san-vicente-igor-otxoa
0 |

@-Mail do Admina
F.A.Q.
REGULAMIN
Rys histeryczny
Statut KBN
Ideologia


statystyka