Lolo / 2015.05.31 : 11.46

Zaprawdę, powiadam Wam, że w pewnym wieku człowiek niemal połowę swych konwersacji z bliźnimi poświęca temu co, gdzie, dlaczego i jak bardzo go boli. Ponieważ wiek ten osiągnąłem z małą nawiązką, zamierzam zanudzić kolektyw swoim "przypadkiem". Nie wybaczajcie mi tego, po prostu przeczytajcie.

Dzień minus 1
Pewien miły człowiek miał problem z internetem. Teoretycznie cały budynek pokrywa zasięg rutera wjufju, ale to czysta, nieskalana teoria. Ów człowiek ma syna w wieku tzw. "grywalnym" (czyli 3-120 lat), który to syn ostro i w sposób stanowczy protestował przeciwko cienkiemu wjufju, które nie pozwalało mu na potyczki w sieci. Z kolesiem pociąglim więc temu miłemu panu kabelek, który definitywnie sprawę cienkości wjufju odstawił do lamusa historii. Młody człowiek wyraził mrukliwe zadowolenia, tatuś jednak poczuł się w obowiązku nawodnić nasze organizmy miejscowym piwem, nielegalnie pędzonym z całkiem niezłą zawartością procentów. Kulturalnie rozpilim jedną flaszkę na trzech, co jedynie lekko zahaczyło o dzienną potrzebę nawodnienia organizmu w cieplutkim klimacie Iranu. W związku z powyższym niedoborem, nastąpiła praca indywidualna w podgrupach, czyli dodatkowe nasycanie organizmu z zapasów własnych. Kurtura została zachowana gdyż dawka była niewielka - po dwie flaszki na łep. Ale....

Dzień zero
Rano obudziłem się z niejasnym przeświadczeniem, że coś jest bardzo nie tak. Zdiagnozowałem owo "nie tak" jako piekący ból zamostkowy ze sztywnieniem karku i ogólnym samopoczuciem rogacizny, przekraczającej próg rzeźni.
No dobrze, przecież przejdzie. Ilość była niekacowa, ale hgw, na czym oni to piwko pędzą. Poczekamy.
Poczekaliśmy - ja i mój ból. Bo nie chciał się odczepić. Napływał falami, otaczał koleżeńskim ramieniem, ale jak to ze zbyt nachalnymi kumplami - cholernie męczył.
Późnym popołudniem poszedłem między ludzi. Ludzie wyrazili zdziwienie moim stanem, to wyjaśniłem, że boli i nie chce przestać. W ludzi wstąpiło złe. Telefon na pogotowie, profilaktycznie aspiryna, odwołanie pogotowia bo korki tu takie, że się nie przebijesz i decyzja, że sami powieziem do szpitala. Ludziów powiozło mnie czterech.
Klinikę osiągnęliśmy w sprinterskim tempie 2km/h, po jakiejś godzince z okładem. Kurka, jakby to był hercszlag to już bym tam w tym samochodzie zeszedł w dół.
Klinika prywatna, drogo płatna (co okazało się przy wypisie), ze wszelkimi bajerami. Izba przyjęć - wsadzili mnie na wózek, choć z kilometr korytarzy przeszedłem z kapcia i powieźli 200 metrów do jakiejś małej salki na uboczu. Jak spojrzałem na gościa co tam leżał już na jednym łóżku, pomyślałem od razu, że darowali sobie wszelkie zabiegi i od razu powieźli do kostnicy. Ale nie, podłączyli pod ekranik, założyli coś na palec, władowali w żyłę wenflon i podłączyli do kroplówy, podali nie wiedzieć czemu tlen.. Nie wiedzieć czemu, bo wsadzili mi w nos dwie rurki ino nie czułem zbawczej z niej bryzy tlenowej. Leżę. Pytają jak głąby po persku - a skąd ja mam wiedzieć o co? Ludzie towarzyszący mi w tej cudownej podróży przez ulice Teheranu, zaczynają tłumaczyć po angielsku ale jakoś nieskładnie, nawet jak na moje skromne rozumienie albiońskiego narzecza.
Zaczynam więc sam i jest śmiesznie bo mieszam angielski z francuskim i niemieckim. A skąd do cholery mam wiedzieć jak będzie po angielsku „zawał serca to nie jest!!”, „zbadajcie mi wątrobę”, „nie mam woreczka żółciowego” i podobne, mało ważne dla lekarza rzeczy. Na dźwięk francuskich słów, oderwał się od ściany przyklejony doń dżentelmen w przybrudzonym białym kitelku i z radością ścisnął mi grabę, że on też po francusku bo był w Kanadzie cały miesiąc i… I dalej to ja już nie rozumiem. Zdaje się, że tym powitaniem wyczerpał zasób znanych sobie francuskich słówek bo to co mówił przypominało raczej angielski. A Persowie, żeby śmieszniej było, często wymawiają angielskie słowa tak, jakby jednocześnie przeżuwali stuletnią wołowinę bezzębną szczęką.
No nic, załadowali jakieś lekarstwo, z gestów zrozumiałem, że broń Boże pogryźć ino pod język włożyć… Nie puścili mnie po tym wszystkim do domu, tylko zawieźli na CCU (taki nasz OIOM kardiologiczny, jak zrozumiałem). Znów czary z podłączaniem kroplówki, monitorów, przewodzików. Jak już się zdrowo natrudzili i to wszystko podłączyli, powiedziałem im, że chcę do WC. Czary z odłączaniem, jazda wózkiem do kibelka przez całą salę. W kibelku wyjaśniłem mojemu kierowcy, że wysikać to ja mogę się sam i nie potrzebuję asysty. Powrót rydwanem ognia na łóżko. Późno się zrobiło, układam się więc do snu. Kabelki przeszkadzają, rura od kroplowy, kabelek od palca splątał się z rurką od tlenu… Padaka kompletna. Ale miły pielęgniarz znalazł na to sposób – małą różowa tabletka ukołysała mnie do snu.

Dzień plus 1
Standardowe śniadanie – ryż, rozgotowana marchewa i rozgotowany kurczak. Wszystko niesłone. Brrrr.
Badania – krew pobierali na wyścigi, nie wiadomo dlaczego trzykrotnie, za każdym razem robiąc mi w ciele kolejną małą dziurkę. Szpila w brzuch, jakieś prochy. Pytam kiedy wychodzę.. Nic. Przyszli ludzie co mnie wieźli do szpitala, bardziej kumaci w angielskim. Zadają to samo pytanie z tym samym skutkiem. Wreszcie przyszedł lekarz i manager kliniki. Lekarz mówi, że jeszcze zostanę na jeden dzień, manager z diabolicznym uśmiechem potwierdza.
PADAKA!
Cały dzień leżałem wśród ludzi, którzy nie mogli ruszyć nawet palcem, wozili mnie wózkiem do kibelka co było jedyną rozrywką całego dnia, bo poza tym dali mi spokój. Stoppp!! Za którąś z kolei wizytą w WC, poczułem znajomy delikatny zapaszek… TO TU SIĘ JARA???? Zakumplowałem się w międzyczasie z pielęgniarzem Farzadem, pytam go więc jak to z jaraniem jest. A on na to, że można!!! Kurczę, w przewidywaniu najgorszego, oddałem kumplowi portfel, jeszcze przed przewiezieniem mnie na CCU. Fajek nie mam no bo tak mnie szybko zwinęli, że nie zdążyłem zabrać. Zresztą, nie pomyślałem  Jakby tu skombinować fajki? Proste – w wejściu na salę CCU siedzi facet, który pilnuje. Nie wiadomo czego, bo z wszystkich, którzy tam leżeli, ja byłem najsprawniejszy. Ale Farzad powiedział, że pilnowacz jara. Poprosiłem, żeby zapytał, czy pożyczy mi kilka fajek a ja przy wyjściu odkupię mu paczkę. To tylko tak prosto wygląda w tekście, bo Farzad wprawdzie mówił nieźle po angielsku, ale ja nie. W końcu załapał o co mi chodzi i załatwił. SAM odpiąłem się od kroplówy, kabelków i tlenu i polazłem do kibelka na sesję z fajeczką :) Eeeeeh…. Dobrze było. Wróciłem i dopiero jak lazłem przez salę załapali, że się odpiąłem. Awantura, kazali mi stać dobre 3 minuty, żeby podjechał kierowca z wózkiem i zawieźli triumfalnie do łóżka.. To było jakieś 10 metrów wszystkiego. Podłączanie. Obiad – tenże sam rozgotowany kurczak z rozgotowaną marchewą i ryżem. Fajeczka, leżenie, fajeczka, leżenie, kolacja… Zgadnijcie co na kolację? Tak – nieśmiertelny zestaw nr 1. Wreszcie noc i sen.

Dzień plus 2
Rano postanowiłem, że niech się dzieje co chce, dziś wychodzę. Zadzwoniłem do ludzi, co mi tę krzywdę zrobili i przywieźli do tej zakazanej kliniki i mówię, że żądam. Tak, do cholery – na własną odpowiedzialność. TAK, PRZYJEŻDŻAJCIE!!!
W międzyczasie klinika urządziła mi bieg z przeszkodami zwany wysiłkowym EKG. No i tym razem brak kondycji wziął górę nad dumą narodową… Po kilku minutach spuchłem i odpuściłem. Udało się zrobić 80% badania, co lekarz wymawiał mi jeszcze w momencie opuszczania kliniki.
Powrót na salę, padam wykończony na wyro, podłączają mnie. Leżę… Nooo, teraz to czuję, że umieram.
Przyszli moi ludzie, więc z niewidocznym dla postronnych wysiłkiem siadam na łóżku, banan na twarzy i mówię, że już, gotów, spadówa stąd. Eeee, tam – załatwianie papierologii potrwało do obiadu. Zjadłem po raz ostatni w życiu rozgotowanego kurczaka z rozgotowaną marchewą i ryżem, niesłonego i smakującego jak toaletowy papier. Ubrałem się i siedzę oczekując. Oczekiwanie się przeciągnęło z powodu diabolicznego managera, który zażądał całej sumy opłaty za pobyt, a koleś od kasy nie miał tyle. Niemniej diaboliczny lekarz łaził wokół, pokazywał jakieś kwity i tłumaczył, że nie mogę wyjść bo oni zaplanowali jeszcze 2 badania.
Kiedy w końcu to zrozumiałem, powiedziałem, że ja ich badania mam tam, gdzie „pan może pana majstra w dupę pocałować”. Koleś kasiasty po wyczerpujących negocjacjach z managerem wytargował, że przywiezie kasę nazajutrz.
WYSZLIŚMY!!!

Rachunek:
Za dwa dni pobytu, bez konkretnej diagnozy, bez zaordynowania jakiejkolwiek terapii, po jakichś dziwnych czarach nad pacjentem – 1,5 tys. euro (tak! PÓŁTORA tysia).
A te dwa badania dodatkowe, co to chcieli mi zrobić to już skromnie – po 4 tysie euro za każde. Na dodatek jak dowiedziałem się co to, to normalnie się skręciłem ze śmiechu. Bo je się robi ale ludziom przygotowywanym do operacji na sercu.

Epilog
No i tak sobie siedzę w domu, leczę wątrobę domowymi sposobami, czuję się coraz lepiej. Zapewne na samopoczucie ma wpływ i to że nie dałem się wykiwać na 8 tysięcy euro. Z kolei rekonwalescencję hamuje świadomość, że dałem się zrobić na półtora kafla za friko. Wystarczył hepatil za parę złotych i unikanie nawadniania organizmu płynami procentowymi.

(Na razie) KONIEC.
Patt / 2015.06.02 : 13.43


No ale zasadniczo wygraliście mister Lolo. Przeżyliście, i to w dodatku nie uzależniając najbliższych od melisy. Żeście sami sobie jednak winni następstw nieuprawnionego wprowadzenia sobie do przewodu związków szemranych, podejrzanych, niepewnych, et cetera. Sprzedaliście grzeczność za tenkju. Ale zamiast wykasować z pół gnoja ojro, wprowadziliście w przewód pokarmowy kilka flaszek metylu, uszczuplając przy okazji własne zapasy, co jak wiadomo - każden trzyma na sylwestra. Wiemy, że uprzejmość wymaga skosztowania miejscowego spécialité, ale podejrzany skład, smak, niuch powinien włączyć niewielką syrenę alarmową w Waszej głowie i dla uprzejmości najwyżej siorbnęlibyście sobie tylko, wątrobę zostawiając w spokoju. A później we własnej kajucie, skoro już smak się niechcący wykluł, pociągnęlibyście porządny stosunek cukru do kartofli, a nie jakieś ichnie farfocle. Chyba że nie wiedzieliście, jakiej maści jest opieka medyczna w oriencie. Człek jednak z wyobraźnią jesteście i powinniście się domyślić, że bywa kapryśna jak trzynastolatka, której zepsuł się smartfon.
W tym miejscu — prosi się, by zapodać stary, sprawdzony sposób na kaca: -tu usiądź — dwa dziurawce z jedną miętą!
Lub nieco intensywniejsze chłodzenie żylaków.
Co prawda cały proces trwa trochę, ale nareszcie człek może się przyzwyczaić do kalendarza zamiast zegarka. Nie napiszę dokładnie ile, bo mi się znowu rodzinny wprosi na kolację...
À propos chłopaka grywalnego — raban, że w wirtualu nic nie może, kwalifikuje się do zamówienia wizyty w spółdzielni lekarskiej „Może się uda". Terapia jednak powiedzie się, jeśli młody będzie umiał pewne tezy przyjąć na klatę (tu duża wątpliwość) Inaczej i do „Krzyżówki trzynastolatków" się nie załapie, nawet będąc w wieku średnim. Tu żeście niedźwiedzią przysługę wyświadczyli mister Lolo.
No i jeszcze jedno: A gdzie zdjęcia z tej historii? Nie ma?
Więc na Waszym miejscu sami byśmy zażądali dla siebie kary.
Dodatkowej.
Lolo / 2015.06.04 : 16.22

Zdjęcia.. Ano - jest jedno małe selfie z telefona na łożu boleści ale raczej nie do publikowania w tak zacnej galerii :) Poza tym Teheran to posucha dla kogoś, kto sobie upatrzył architekturę. Poza tą religijną, nic tu nie widziałem wartego pstryku. A i z meczetami jest kłopot niejaki - bo wokół nasadzone tyle paskudnych blokowisk, kramów i innych przeszkadzajek, że nie ma jak się przyłożyć do zdjęcia. Aparat kurzem się pokrywa.
0 |

@-Mail do Admina
F.A.Q.
REGULAMIN
Rys histeryczny
Statut KBN
Ideologia


statystyka