Niezwykły moment.
Tak naprawdę nie wiadomo, czym jest fotografia. Owszem, gdy rzucić o ścianę takim terminem, to wróci odbitymi od tynku obrazkami. Ale ten popularny test na wyobraźnię głównie oznacza -łojezu- pstrykactwo. Mimo że jest w tym pokaźny procent definicji, nie wyczerpuje całą. Ortodoksi na przykład, będę chcieli wrzucić do tego woreczka kilka słów o szkłach, otworkach, perspektywach... Naświetleni będą dokuczać bromkami srebrowymi, koniunkturaliści będą ciągać pary młode i topić je w basenach, co ostatnio modne. Balon pojęciowy będzie puchł, ale średnia z tego, wyciąg, ersatz nie odda całkowicie idei. Fani motoryzacji mają lepiej: Liczba koni, ilość sekund od zera do setki i już wiadomo kto królem szos, przynajmniej do pierwszego zabrania prawka. Fani filmu to samo: kilka tytułów lub nazwisk i wiadomo, kto jest oświecony, a kto brodzi w brei brazylijsko-podobnych serialików, z których nic oprócz straty czasu nie wynika.
Fotografia, mimo że niemal we wszystkich dziedzinach jest niezbędna, (broni się przed nimi jeszcze rolnictwo [coraz słabiej] i niektóre religie.) nie ma takiej definicyjnej esencji. Co z tego, że pod tym pojęciem rozumiemy głównie zdjęcia, skoro jest to ledwie wycinek cudu. Gdy sięgnąć po kilka rozprawek filozoficznych — każda pokaże inny kierunek. Nie będzie jednego. Wyjdźmy zatem z tym na ulicę, uzbrójmy się w narzędzia, naciskajmy spust bez ustanku lub ze skupieniem. Znowu pojawią się różne definicje w dodatku cechowane własnym punktem widzenia.
Rozbierając to zjawisko na czynniki pierwsze, będziemy jednak analizować obraz, a nie drogi doń prowadzące, więc parę spraw (też oczywiście ważnych) w szukaniu definicji odpadnie, co z bólem odnotują sprzętowcy. Ale i tu sprawa się komplikuje, bo jak to jest, że fotografując wszystko i wszędy wokół – tego jednego obrazu się nie widzi. Oczywiście w końcu i on przychodzi, ale jednemu szybciej drugiemu może wcale. Przecież spełniliśmy wszystkie wymogi: zadbaliśmy o linie, głębię, światło, perspektywę i różne inne książkowe cuda. Czy zatem świat faszerując nasz mózg obrazami, ma margines odsłon, którego nam skąpi? Czy wobec tego, gdzieś w powietrzu, w przestrzeni jest coś w rodzaju sieci, do której trzeba się podłączyć i współwibrować? Jeśli obaj z Horusem będziemy fotografować zwykły nóż wbity w masło – jest możliwe, że z obu zdjęć będzie wynikać zupełnie coś innego. U Horusa warsztat szewski, u mnie chór gregoriański, a Lampart na tym ugotuje obiad ... Przesadzam? Możliwe, ale ta szybko maglująca obrazami przestrzeń dostępna jest tylko pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem powieki. Nie zdążysz, przeoczysz i do widzenia.
W ogóle skąd się bierze pojęcie „dostępna”. Czy trzeba mieć jakiś swój własny wewnętrzny kod dostępu? Może membranę wibrującą z obrazami mijanymi na ulicy. Zakładając, że każdy ma równą wiedzę, co do jakości światła o różnych porach dnia — dlaczego Angelo, fotografując klamkę u drzwi starych, otrzyma obraz cechowany charakterną klamkowością a wielu innych bezimiennych bohaterów tylko czkawkę?
No ale dobrze — dodajmy składową ambicji i powstaje pytanie: jak zmienić postrzeganie? Jak przestawić wewnętrzny ekran by odbijał inne filmy? (czytaj: jak w końcu zrobić dobre zdjęcie). Zmienić nastawienie? Może przedtem wyjarać skręta wielkości termosu, by puściły jakieś hipotetyczne hamulce, lub zwolniły się blokady.
Oto idę ulicą pełną fotograficznych inspiracji i... Nic. Kiedy indziej idę do wyrzygania nudnym miasteczkiem i bęc! Co jest do cholery? Gdzie tu klucz do zrozumienia? Może ogólnie pojęta szczęśliwość własna jest tu katalizatorem, ale znam ludzi o taki nastawieniu i też tyłek nieopalony. Czy może zatem decyduje ogólny ładunek wewnętrznych uczuć do świata? Jeśli ja mam mu za złe — moje zdjęcie będzie szarpać pretensją, ale niekoniecznie będzie dobre. Jeśli kolektyw będzie zbiorowością upojoną w szczęściu, a nie w alkoholu — powinny na głównej pokazać się szczeniaczki. A nie ma! Spójrzmy zatem znowu na front trzaskających migawek, który wydusi ze świata obrazów więcej niż boa z ofiary. Wyciśnie ze spektaklu opadającej kluski w rosole więcej niż burżuj z pańszczyźnianych.
Pojawia się zatem wrażenie mnogości. Powódź, potop, zalew zdjęć z każdej sekundy życia świata, który jest niekończącą się historią, szczęśliwie – bezustannie się piszącą. Gdzie wśród milionów gniotów - trafia się brylant, co zawsze było preferowanym stosunkiem chłamu do klejnotów. Nie będzie zatem i tutaj precyzyjnej odpowiedzi co jest fotografią, aczkolwiek coraz wyraźniej pojawia się myśl, że może chodzić o ten właśnie moment, gdzie raz na kilka, kilkanaście tysięcy zdjęć — pojawia się przebłysk, w którym świat obdarza obrazem mowę odejmującym.